Blog
Instruktor tańca - to człowiek z misją (zazwyczaj)
Dojrzały idol rozumie, że bycie wzorem jest odpowiedzialnością. Bo wpływ można wykorzystywać w różny sposób. Można normalizować zdrowy ruch, akceptację ciała, szacunek do granic, partnerskie relacje. Można też wzmacniać napięcia, budować fałszywe wyobrażenia, utrwalać stereotypy.
Wtyczki Facebooka są dostępne po akceptacji cookies analitycznych.

Odpowiedzialność instruktora
Instruktorzy bardzo często stają się idolami. To naturalna konsekwencja bycia widocznym, pewnym siebie, obecnym w social mediach. Ludzie patrzą, obserwują, zapamiętują. Czasem świadomie, częściej zupełnie mimochodem.
Za instruktorem powtarza się nie tylko kroki. Powtarza się sposób poruszania się po sali, styl bycia, język, sposób reagowania. Czasem nawet ubiór, fryzurę i sposób myślenia. Ten wpływ nie zawsze jest intencjonalny, nie zawsze jest zaplanowany.
Tym bardziej, dojrzały idol rozumie, że bycie wzorem jest odpowiedzialnością. Bo wpływ można wykorzystywać w różny sposób. Można normalizować zdrowy ruch, akceptację ciała, szacunek do granic, partnerskie relacje. Można też wzmacniać napięcia, budować fałszywe wyobrażenia, utrwalać stereotypy. To jaki sposób myślenia promuje idol nie wynika z jego wielkich deklaracji ideowych, lecz z drobnych zachowań i decyzji, powtarzanych tydzień po tygodniu.
Na zajęcia taneczne trafiają bardzo różni ludzie. Nie tylko ci, którzy przyszli się „po prostu nauczyć tańczyć”. Są osoby z trudnością w nawiązywaniu relacji, z lękiem przed dotykiem, z niskim poczuciem bezpieczeństwa w kontakcie z innymi. Zdarzają się osoby, dla których taniec jest formą terapii, czasem bardzo intensywnej. Pamiętam kursantkę, która powiedziała mi wprost, że ma fobię dotyku. Przyszła na bachatę. Nie na walca. Weszła w przestrzeń, która z definicji wymaga bliskości. To nie był przypadek. To była świadoma decyzja o zmierzeniu się z czymś trudnym.
Takie sytuacje pokazują, że rola instruktora nie kończy się na uczeniu kroków. Instruktor jest opiekunem procesu grupowego i ambasadorem swojego tańca. Buduje zaufanie, wprowadza tempo, nazywa granice. Uczy, co w tańcu jest akceptowalne, a co nie. Co wolno, co wymaga zgody, a co nie powinno się wydarzyć w ogóle. Wbrew powszechnym wyobrażeniom, bliski kontakt w tańcach socialowych nie jest celem samym w sobie. Jest narzędziem. Używanym wtedy i tylko wtedy, gdy jest potrzebne. Jeśli kursant nie dowie się tego od instruktora, istnieje duże ryzyko, że sam nie zrozumie poprawnie gdzie leżą granice cudzej prywatności.
Na sali spotykają się różne kultury, wiek, doświadczenia i osobowości. Normy społeczne obowiązujące w środowisku tanecznym różnią się od tych z ulicy czy z pracy. To nie znaczy, że ich nie ma. One po prostu działają inaczej. Dla części osób wejście w ten świat jest trudne i wymaga czasu. Nie każdy od razu rozumie kod zachowań, dystansów, żartów, gestów. To naturalne. Jednym z największych wyzwań instruktorskich jest rozróżnienie między innością a realnym zagrożeniem dla grupy. Między kimś, kto jest nieporadny społecznie, ale ma potencjał do adaptacji, a kimś, czyje zachowanie jest szkodliwe i nie powinno być tolerowane. Inkluzywność bez granic przestaje chronić słabszych. Twarde wykluczanie niszczy ideę środowiska. Utrzymanie tego balansu nie jest intuicyjne i nie da się go nauczyć z podręcznika.
Instruktor odpowiada nie tylko za to, czego uczy, ale za to, jaką przestrzeń tworzy. Emocjonalną, społeczną, cielesną. To odpowiedzialność, która zaczyna się dużo wcześniej niż pierwsza figura i nie kończy się wraz z ostatnią piosenką na zajęciach. I właśnie od tej odpowiedzialności zaczyna się rola instruktora jako rola społeczna, a nie techniczna.
Odpowiedzialność za środowisko i wpływ
Instruktor nie funkcjonuje w próżni. Nawet jeśli skupia się wyłącznie na swojej grupie, jego działania mają wpływ szerzej — na środowisko taneczne, na postrzeganie stylu, na to, co o tańcu myślą ludzie spoza bańki. Bardzo często to właśnie instruktorzy są pierwszym i jedynym kontaktem, jaki ktoś ma z danym tańcem. Na tej podstawie budują się opinie, stereotypy i uproszczenia.
To instruktorzy w dużej mierze odpowiadają za to, jak ich taniec jest widziany z zewnątrz. Czy jawi się jako coś dostępnego czy hermetycznego. Czy kojarzy się z ruchem, muzyką i relacją, czy z napięciem, presją i oceną. Czy zaprasza, czy odstrasza. To suma setek drobnych sygnałów: języka, tonu, narracji, estetyki, tego, co się promuje i czego się nie promuje.
Środowiska taneczne przez lata nosiły różne etykiety. Że b-boye to „wandale”, taniec towarzyski jest „niemęski”, a bachata „ordynarna”. Część z tych narracji powstaje poza środowiskiem, ale bardzo wiele z nich jest wzmacnianych od środka. Przez sposób promocji, przez obrazy, które wychodzą w świat, przez uproszczone komunikaty, które łatwo się niosą, bo są czytelne i kontrowersyjne. Instruktorzy są też odpowiedzialni za to, jakich tancerzy „wypuszczają” do środowiska. Jakie postawy normalizują. Czy uczą szacunku do partnera, do granic, do muzyki i przestrzeni, czy zostawiają te kwestie „same sobie”. Nowi tancerze bardzo szybko chłoną to, co widzą jako normę. To, co jest tolerowane, zaczyna być powielane. W ostatnich latach rola instruktora coraz częściej splata się z rolą influencera. Zasięgi, followersi, wyświetlenia stają się walutą. W relacjach z pracodawcami czy organizatorami pojawia się argument: „za mną przyjdą ludzie”, „mam społeczność”, „potrafię sprzedać zajęcia”. To realna siła negocjacyjna. I realna odpowiedzialność.
W środowisku salsy i bachaty jest para, która świadomie buduje swoją rozpoznawalność poprzez silną seksualizację tych stylów. To ich strategia. Kontrowersja generuje zasięgi. Hejt wzmacnia widoczność. Rynek, do którego trafiają, jest wąski, ale cały ich. Funkcjonują poza głównym nurtem środowiska i zaakceptowali koszt wykluczenia jako element modelu biznesowego.
Nie będę podawał nazwisk, bo nie chcę ani publicznie piętnować, ani przede wszystkim promować tego podejścia. Bo choć zrozumiałe jest na czym polega kontrowersja i dlaczego działa, to w kategoriach społecznych takie zachowania wymagają potępienia. Nie pozostają one obojętne dla reszty środowiska. Tworzą skrócony obraz stylu, który potem trzeba prostować przez lata. Wpływają na to, kto czuje się zaproszony do tańca, a kto od razu się zniechęca. To jest koszt rozproszony, ponoszony przez wielu, choć decyzja była jednostkowa.
To są dylematy, z którymi instruktorzy-influencerzy mierzą się na co dzień. Czasem w skali mikro, czasem w bardzo widoczny sposób. Wybór między szybkim zasięgiem a długofalowym wpływem. Między kontrowersją a odpowiedzialnością. Między tym, co „się klika”, a tym, co buduje środowisko, w którym samemu chce się funkcjonować.
Oczywiście, rola instruktora nie polega na byciu moralnym strażnikiem środowiska. Polega na świadomości, że każde działanie w przestrzeni publicznej dokłada cegiełkę do obrazu tańca jako całości. I że ten obraz wraca później na salę, do relacji z kursantami, do rozmów z ludźmi, którzy jeszcze nie wiedzą, czy w ogóle chcą spróbować tańczyć. Instruktorzy, chcąc nie chcąc, są ambasadorami swoich stylów.
Praktyka jako konsekwencja odpowiedzialności
Rolą instruktora jest poświęcanie więcej uwagi kursantom niż samemu sobie. To proste zdanie porządkuje wiele narzędzi, które w tym zawodzie są często źle rozumiane. Weźmy dema taneczne. Ich funkcją nie jest potwierdzanie, jak dobrym jest się tancerzem. Służą inspirowaniu. Pokazywaniu kierunku, możliwości, estetyki, do której ktoś może chcieć dojść. Reakcje, lajki i zasięgi są informacją zwrotną o tym, czy przekaz trafił do społeczności. Nie są miarą wartości instruktora jako osoby. Podobnie jest z doborem materiału na zajęciach. Poziom trudności powinien być wymagający, ale możliwy do udźwignięcia. Taki, który zawiera potencjał dalszego rozwoju, ale nie niszczy poczucia rozwoju. Kursanci przychodzą po progres, nie po pokaz umiejętności instruktora.
Kiedy ciężar przesuwa się w stronę autoprezentacji, narzędzie przestaje służyć kursantom, a zaczyna obsługiwać ego. Jeśli instruktor swoją karierę buduje na własnym wizerunku a nie wartości, którą wnosi do środowiska, jego sukces jest ulotny, bo nie zostawia po sobie nic wartościowego, co może być przekazywane "z tanecznego pokolenia na pokolenie".
Kolejny trudnym elementem pracy instruktora jest weryfikacja poziomu uczestników. Grupa funkcjonuje jako całość. Jej tempo, energia i poczucie sensu zależą od tego, czy większość osób jest w stanie nadążyć i czuć rozwój. Brak reakcji na duże różnice poziomów prowadzi do frustracji — zarówno u tych, którzy się nudzą, jak i u tych, którzy czują się zostawieni w tyle. Rozmowy o tym, że ktoś powinien ćwiczyć więcej, skorzystać z zajęć równoległych, lekcji indywidualnych albo zmienić grupę, należą do najtrudniejszych momentów tej pracy. Są jednak elementem odpowiedzialności za obietnicę, którą składa się całej grupie.
Instruktor, który unika takich decyzji, często robi to z empatii albo z lęku przed konfliktem. Efekt bywa odwrotny do zamierzonego. Grupa traci spójność, a poczucie sensu zajęć zaczyna się rozmywać. Dbanie o rozwój jednostki nie może odbywać się kosztem reszty. I odwrotnie.
Te wszystkie decyzje mają wspólny mianownik: przesunięcie uwagi z siebie na innych. Z własnej ekspresji na proces. Z potrzeby bycia podziwianym na potrzebę budowania przestrzeni, w której inni mogą się rozwijać. To właśnie w tej zmianie perspektywy instruktor przestaje być tylko dobrym tancerzem, a zaczyna pełnić rolę społeczną. Dlatego bycie instruktorem nie jest naturalnym kolejnym etapem tanecznej kariery. To osobna ścieżka. Z innymi narzędziami, innymi nagrodami i innymi kosztami. Daje ogromną satysfakcję, jeśli jest świadomym wyborem. I bardzo szybko obnaża złudzenia, jeśli nim nie jest.
Ten tekst nie jest próbą wyznaczenia jedynej słusznej drogi. Jest zapisem mojego doświadczenia i mojego rozumienia tej roli. Tego, co z czasem okazało się trwałe, a co przynosiło krótkotrwałe efekty i długoterminowe koszty. W kolejnych artykułach będę schodził jeszcze głębiej — do błędów startu, spalania rynku i tego, czego środowisko naprawdę oczekuje od początkujących instruktorów.
← Wróć do listy artykułów