Blog

Instruktor tańca - twardy zad świeżaka

Nasz rynek rzadko oferuje pozycję „junior instruktora”. Rzadko daje mentora, który będzie czuwał nad procesem, brał na siebie część odpowiedzialności i pozwalał bezpiecznie popełniać błędy. W większości przypadków trzeba nauczyć się tego zawodu samemu - obserwując, próbując i poprawiając się w biegu.

Jakub Nowak19 stycznia 2026
Udostępnij

Wtyczki Facebooka są dostępne po akceptacji cookies analitycznych.

Instruktor tańca - twardy zad świeżaka

Energia

Spróbuj przejść ze mną przez mały eksperyment. Wyobraź sobie, że właśnie zostałeś instruktorem tańca.

Bycie młodym, świeżym instruktorem jest niepowtarzalnym doświadczeniem. Jeszcze wczoraj byłeś kursantem albo tancerzem. Dziś świat daje Ci coś więcej: możliwość zarabiania na pasji, bycia po drugiej stronie sali, mówienia do ludzi, bycia słuchanym, podziwianym. Pojawia się poczucie sensu, sprawczości, znaczenia. Masz wrażenie, że wszystko wreszcie układa się w jedną historię. Zaczynasz myśleć o sobie inaczej. Nie tylko jako o kimś, kto tańczy, ale jako o kimś, kto może uczyć, inspirować, prowadzić. W głowie pojawiają się obrazy: własna grupa, społeczność, ludzie, którzy przychodzą właśnie do Ciebie. Może nawet rozpoznawalność w środowisku. Drzwi zaczynają się uchylać. Ktoś Cię polecił. Ktoś zapytał, czy nie chciałbyś poprowadzić zajęć. To działa jak dopalacz. Zbierasz zapisy na pierwszą grupę. Promujesz się. Wrzucasz posty, nagrywasz filmiki, rozsyłasz zaproszenia. Po pracy albo po szkole cały wolny czas poświęcasz na promocję. Zapisy idą wolno, ale idą. Mówisz sobie, że to normalne, że trzeba czasu. W końcu startujesz. Grupa jest mała, ale przecież trzeba od czegoś zacząć. Wiesz, że zaraz ich zarazisz. Że po pierwszych zajęciach przyprowadzą znajomych, a potem już ruszy kula śnieżna.

Na drugie zajęcia przychodzi połowa.

Po trzecich zajęć już nie ma. Kurs zostaje zamknięty. Ktoś decyduje, że to się nie spina. Wracasz do domu i przez kilka dni nie bardzo wiesz, co ze sobą zrobić. Emocjonalnie to jest dużo. Zderzenie z rzeczywistością przychodzi szybko i bez ostrzeżenia. Dla wielu osób to jest moment, który kończy historię zanim zdążyła się naprawdę zacząć. A jednocześnie — paradoksalnie — to bywa jedno z najważniejszych doświadczeń w całym instruktorskim rozwoju.

Młody instruktor ma jedną rzecz, której później już nigdy nie będzie miał w takiej ilości: energię. Świeżą, intensywną, bezwarunkową. Gotowość do poświęcenia wszystkiego. Większość osób na starcie nie cierpi na brak motywacji. Cierpi na jej nadmiar. I właśnie dlatego tak łatwo ją zmarnować. Na początku bardzo łatwo założyć, że skoro umiesz tańczyć, to reszta „jakoś się ułoży”. Że promocja to kwestia kilku postów. Że prowadzenie zajęć to w dużej mierze improwizacja. Że grupa sama się zintegruje, bo przecież taniec łączy ludzi.

Problem polega na tym, że rynek nie daje przestrzeni na długie uczenie się „na żywo”. Zwłaszcza w dużych miastach. Konkurencja jest ogromna. Kursanci mają wybór. Szkoły nie mogą sobie pozwolić na eksperymenty. Jeśli jesteś związany z dużą szkołą, nikt nie odda Ci grupy tylko po to, żebyś się uczył. Ryzyko jest zbyt duże. Dlatego bardzo wiele osób odpada na samym początku - nie dlatego, że nie mają talentu czy predyspozycji by zostać świetnym instruktorem. Ale dlatego, że nie mieli gdzie bezpiecznie popełniać błędów.

Ja zaczynałem w małym mieście. To było ogromne ułatwienie. Konkurencja była niewielka, rynek bardziej wyrozumiały. Mogłem popełniać błędy i uczyć się na nich. Spaliłem kilka pierwszych grup, zanim zacząłem rozumieć, co właściwie robię źle. Nie każdy będzie miał taki komfort. W Warszawie być może nigdy nie dostałbym szansy zacząć w taki sposób. Z drugiej strony, małe miasto to brak środowiska, brak wzorców, brak ludzi, od których można się uczyć. Nie było kogo podglądać, z kim porozmawiać, od kogo „ciągnąć” doświadczenie. Społeczność musiałem zbudować sam. To był inny koszt, ale koszt równie realny. Na początku warto przyjąć jedno założenie: nie wiesz nic poza tym, jak się tańczy. Nie wiesz, jak prowadzi się grupy. Nie wiesz, jak buduje się wizerunek. Nie wiesz, co sprawia, że ludzie wracają. Nie wiesz, jak negocjuje się sloty godzinowe z właścicielem szkoły, jak integruje się uczestników, jak reaguje się na trudne sytuacje. To nie jest zarzut. To jest punkt startowy. Stoisz przed światem otwartych drzwi, ale z opaską na oczach. I właśnie dlatego popełnisz błędy. Dużo błędów. Nikt Cię przed nimi nie uchroni. Jedyną rzeczą, którą możesz zrobić, jest przygotować się na to mentalnie. Nie spalać całej energii na raz. Traktować ten etap jak długą drogę, a nie sprint. Bo młodzieńcza energia jest paliwem niepowtarzalnym. Masz ją tylko teraz. I jeśli zużyjesz ją na próby udowodnienia sobie i światu, że jesteś gotowy, zanim faktycznie będziesz, jeśli skoczysz na zbyt głęboką wodę— zabraknie Ci tej energii i motywacji w momencie, w którym najbardziej by się przydała.

Wysiłek

Jednym z moich największych błędów na początku było to, że nie rozumiałem, po co ludzie w ogóle przychodzą na zajęcia. Wywodzę się z tańca towarzyskiego i naturalnie przenosiłem logikę tańca sportowego na taniec użytkowy. Uczyłem tak, jak sam byłem uczony. Z perspektywy pasji, ambicji, techniki. Z perspektywy swojego świata. Zakładałem, że jeśli mnie coś fascynuje, to będzie fascynować wszystkich. Że skoro ja widzę sens w detalach, w pracy nad jakością, w strukturze ruchu, to inni też go zobaczą. To było myślenie tancerza, nie instruktora. I bardzo szybko okazało się, że to nie wystarcza. Pierwsze grupy „spaliłem” właśnie w ten sposób. Nie rozumiałem jeszcze, jaką rolę pełni taniec w życiu moich kursantów. Dla mnie był celem samym w sobie. Dla nich był narzędziem do zaspokojenia zupełnie innych potrzeb. Dopiero z czasem zacząłem widzieć, że ludzie przychodzą po poczucie przynależności, po akceptację, po możliwość bycia z siebie dumnym. Po to, żeby poczuć się lepiej w swoim ciele. Po rozwój kompetencji społecznych. Po zdrowie, ruch, kontakt. Taniec jest tylko medium. Bardzo ważnym, ale nadal medium. Jeśli instruktor tego nie rozumie, może mieć wysokie umiejętności taneczne, doskonale znać technikę, być nawet elokwentny i pewny siebie, a mimo to ludzie nie będą wracać.

Na starcie młodzi instruktorzy często wpadają w kilka powtarzalnych schematów. Jednym z nich jest przesadna ambicja. Na zajęciach początkujących nie potrafią znaleźć balansu między skutecznym uczeniem a dawaniem ludziom frajdy. Materiał bywa zbyt trudny, zbyt techniczny, zbyt „poważny”. Zajęcia zaczynają przypominać egzamin. To bardzo szybko zabija motywację. Drugim schematem jest brak realnego kontaktu z grupą. Stres, niepewność i chęć zbudowania bezpiecznej pozycji powodują, że instruktor odcina się od kursantów. Tworzy dystans, czasem wręcz buduje fosę. Skupia się na sobie, na prezentacji, na tym czy dobrze się sprzedaje, zapominając, że po drugiej stronie stoją zwykli ludzie. Często bardziej zestresowani niż on sam. Relacja nie buduje się sama, a ona jest najważniejszym powodem by zostać. Z drugiej strony pojawia się przesadna uległość. Brak doświadczenia w pracy z grupą sprawia, że młody instruktor pozwala na zbyt wiele. Nie stawia granic, nie reaguje, nie prowadzi dynamiki. Chce być lubiany, chce uniknąć konfliktu. Efekt jest odwrotny. Grupa traci poczucie bezpieczeństwa, nikt się nią nie opiekuje, nie tworzy zasad i nie buduje osobowości. Kolejnym obszarem, w którym bardzo łatwo się potknąć, jest autoprezentacja. Oczywiście wygląd, sposób bycia i komunikacja mają znaczenie. Ale jeśli ciężar przesuwa się zbyt mocno w stronę budowania wizerunku, a nie jakości doświadczenia, ludzie to czują bardzo szybko. Demo, które ma „powalać”, może onieśmielić zamiast inspirować. Zajęcia, które tworzą wrażenie 'nigdy nie będę tak dobry', rzadko budują lojalność na lata. Do tego dochodzi jeszcze jedno złudzenie: że wraz z końcem zajęć kończy się praca. W rzeczywistości poprowadzone zajęcia są tylko wierzchołkiem góry lodowej. Za jedną godziną na sali stoją przygotowania, rozmowy, integracja, obserwacja grupy, reagowanie na nastroje, promocja, myślenie o kolejnych etapach. To wszystko dzieje się na 'backstage’u'. Skala wysiłku jaki trzeba ponieść, aby poprowadzić jedne dobre zajęcia jest często niedoceniana.

Dla początkującego instruktora to szczególnie niebezpieczne. Pracy jest tak dużo, że niezależnie od stawki godzinowej realny „zarobek” i tak bywa symboliczny. Dlatego aby to miało jakikolwiek sens, ten okres należy traktować jako inwestycję w naukę zawodu - robić dużo, angażować się, ale nie tylko na sali.

Iteracja

Droga do bycia instruktorem jest długa. Znacznie dłuższa, niż sugerują to pierwsze okazje do poprowadzenia zajęć. Nasz rynek rzadko oferuje pozycję „junior instruktora”. Rzadko daje mentora, który będzie czuwał nad procesem, brał na siebie część odpowiedzialności, pozwalał bezpiecznie popełniać błędy. W większości przypadków trzeba nauczyć się tego zawodu samemu, obserwując, próbując, poprawiając się w biegu. Problem polega na tym, że grupy, które przychodzą do Ciebie - świeżego instruktora, nie wiedzą, że to dla Ciebie nowość. Widzą instruktora, więc oczekują pewności, spokoju, umiejętności prowadzenia ludzi. Oczekują czegoś, czego na początku zwyczajnie nie możesz im dać. Na tym etapie bardzo łatwo wziąć na siebie zbyt wiele. Chcieć od razu prowadzić duże grupy, mieć ambicje do prowadzenie grup zaawansowanych. Próbować udowodnić swoją wartość zanim jest to realnie możliwe. To dlatego tak ważne są małe grupy. Nie jako docelowy model pracy, ale jako przestrzeń nauki. W małych grupach feedback jest szybszy i bardziej czytelny. Łatwiej zobaczyć, co działa, a co nie. Łatwiej też zaakceptować porażkę, bo jej koszt jest mniejszy. Zamknięcie grupy nie oznacza klęski. Oznacza kolejną iterację. Kolejną próbę : Prowadzisz zajęcia. Obserwujesz. Wyciągasz wnioski. Zmieniasz. I zaczynasz od nowa.

Trudno szukać dobrego instruktora, który nie przeszedł tej pętli wielokrotnie. Ważnym elementem tej drogi są relacje. Z innymi instruktorami, z kolegami z parkietu, z właścicielami szkół. Środowiska taneczne są małe i bardzo relacyjne. Pamiętają zarówno dobre doświadczenia, jak i potknięcia. Dlatego na początku tak istotne jest pokazywanie się, bycie obecnym, budowanie kontaktów. Często bez natychmiastowego zysku finansowego. Ekspozycja, zaufanie i doświadczenie pojawiają się wcześniej niż pieniądze. Wiele osób wchodzących do zawodu nie docenia też skali pracy, która dzieje się poza salą. Prowadzenie zajęć jest tylko widoczną częścią. Reszta to przygotowania, rozmowy, integracja grupy, promocja, logistyka. To wszystko składa się na realny czas pracy instruktora. Dlatego myślenie o stawce „za godzinę zajęć” na początku bywa mylące. Doświadczenie kosztuje. Czasem więcej, niż się spodziewasz. Z czasem zaczynasz rozumieć, że ten zawód nie polega na szybkim sukcesie. Polega na wytrwaniu. Na uczeniu się mimo porażek. Na zbieraniu doświadczeń, które nie zawsze są przyjemne, ale są potrzebne. I na świadomości, że wiele osób odpada nie dlatego, że się nie nadawały, ale dlatego, że zabrakło im przestrzeni, czasu albo wsparcia. Być może właśnie dlatego tak ważna jest empatia wobec początkujących instruktorów. Kiedy następnym razem spotkasz kogoś nieopierzonego po drugiej stronie sali, warto pamiętać, jak wiele wyzwań stoi przed nim. Jak łatwo się potknąć. Jak trudno zbudować coś trwałego bez mapy i bez przewodnika.

↩ Wróć do listy artykułów