Blog

Wizerunek instruktora tańca - na co to komu?

W świecie tańca social media stały się czymś w rodzaju wspólnego rynku. Wszyscy tam są. Szkoły, instruktorzy, kursanci, organizatorzy. Jeśli Cię tam nie ma, to w pewnym sensie nie istniejesz. Ale obecność w tym miejscu nie jest jeszcze żadnym osiągnięciem. Jest punktem wyjścia.

Jakub Nowak2 lutego 20269 min
Udostępnij

Wtyczki Facebooka są dostępne po akceptacji cookies analitycznych.

Wizerunek instruktora tańca - na co to komu?

W świecie tańca social media stały się czymś w rodzaju wspólnego rynku. Wszyscy tam są. Szkoły, instruktorzy, kursanci, organizatorzy. Jeśli Cię tam nie ma, to w pewnym sensie nie istniejesz. Ale obecność w tym miejscu nie jest jeszcze żadnym osiągnięciem. Jest punktem wyjścia.

Jednym z pierwszych skojarzeń, kiedy mówi się o budowaniu marki instruktora, są dema taneczne. To najprostszy obraz: nagrywasz się, wrzucasz, ludzie oglądają, rozpoznawalność rośnie. Przynajmniej w teorii.

W praktyce to jedno z najtrudniejszych i najbardziej konkurencyjnych pól, jakie można sobie wybrać. Portale społecznościowe nie są przestrzenią lokalną. Wrzucając demo, nie konkurujesz z innymi instruktorami z Twojego miasta ani nawet kraju. Konkurujesz z całym światem tańca. I nie tylko z tańcem. Z kotami, podróżami, treningami, lifestyle’em, polityką i wszystkim, co akurat algorytm uzna za bardziej angażujące. To bardzo trudne środowisko do zbudowania stabilnej, przewidywalnej pozycji.

Dlatego tak często widać frustrację: ktoś robi „to samo”, co inni, a efekty są nieporównywalne. Kopiuje format, długość, estetykę. Próbuje naśladować twórców, którzy mają setki tysięcy wyświetleń. Tylko że ci twórcy nie startują z tego samego miejsca. Mają swoje szkoły, swoje społeczności, lata pracy w tle, współprace, rozpoznawalność. To, co u nich działa, u Ciebie może nie zadziałać wcale. I to nie jest kwestia talentu. To kwestia bazy.

Budowanie marki przez social media to osobne rzemiosło. Czasochłonne, wymagające konsekwencji, odporności psychicznej i ciągłego testowania. To praca bliska pracy influencera. Jeśli ktoś potrafi to robić - świetnie. To potężne narzędzie. Ale trzeba mieć świadomość, że to kolejny etat. I że efekty rzadko przychodzą szybko.

Dobrym przykładem tego, jak wygląda praca z social mediami jest para, którą z przyjemnością obserwuję na FB - Dorota i Piotrek . Dziś kojarzeni są z konkretnym formatem: krótkie, edukacyjne rolki, „how to”, „how not to”, proste ale celne komunikaty, które trafiają do szerokiego grona odbiorców. Ale początki ich obecności w social mediach nie różniły się od setek innych instruktorów. Zwykłe nagrania po zajęciach, po warsztatach, przeciętne zasięgi. Z czasem widać było u nich moment szukania własnego języka, eksperymentowania z formą, aż w końcu - wyrobienie rozpoznawalnego stylu.

Transformacja rolek i zasięgów Doroty i Piotra

To pokazuje jedną ważną rzecz: social media rzadko nagradzają talent sam w sobie. Nagradzają konsekwencję, zrozumienie medium i umiejętność opowiadania historii. Taniec jest tu tylko jednym z elementów.

Skoro social media nie są magicznym skrótem do marki, to czym właściwie są dla instruktora?

W naszym środowisku obecność w social mediach przestała być opcją. Nie dlatego, że każdy instruktor powinien być twórcą treści (choć jest to pomocne), ale dlatego, że tam dziś dzieje się komunikacja. Szkoły tam budują swoje marki, tam reklamują zajęcia, tam zbierają zapisy, tam rozmawiają z kursantami. Instruktor, który funkcjonuje całkowicie poza tym obiegiem, sam wycina się z części ekosystemu.

To nie znaczy, że social media muszą być Twoim głównym kanałem budowania marki. Ale w praktyce bardzo często stają się punktem styku:

  • między Tobą a szkołą, organizatorem,
  • między Tobą a grupą,
  • między Tobą a potencjalnym kursantem.

Jeśli prowadzisz zajęcia w szkole, Twoja obecność w social mediach pozwala „podpiąć się” pod jej marketing. Udostępniać posty o zajęciach, komentować, reagować, wzmacniać zasięgi. Dla szkoły to konkretna wartość. Dla Ciebie – dodatkowa ekspozycja.

Jeśli masz już swoje grupy, social media stają się ‘miejscem zbiórki’. Punktem, do którego możesz kierować ludzi. Łatwiej jest stworzyć fanpage niż stronę WWW. Łatwiej utrzymać prosty kanał komunikacji niż od razu budować rozbudowaną infrastrukturę. QR code na zajęciach, prosta nazwa profilu, regularne przypominanie – to są drobiazgi, które realnie robią różnicę.

Co ważne: Twoi obserwujący to nie tylko „lajki”. To konkretna karta przetargowa w rozmowach z właścicielami szkół i organizatorami. Nie jako dowód popularności, ale jako sygnał, że potrafisz zebrać ludzi wokół siebie i utrzymać z nimi relację. Dla wielu właścicieli to jest język, który rozumieją bardzo dobrze.

Social media pełnią też rolę zarządczą. W wielu szkołach komunikacja zespołowa, organizacyjna, a nawet pracownicza odbywa się właśnie tam. Można się z tym nie zgadzać – i ja prywatnie też mam do tego sporo zastrzeżeń – ale warto mieć świadomość, że taka jest rzeczywistość. Instruktor, który chce funkcjonować w środowisku, musi umieć się w niej poruszać.

Jednocześnie właśnie tutaj pojawia się jedno z najważniejszych napięć. Social media bardzo łatwo wciągają. Mieszają role. Zacierają granice między prywatnym a zawodowym. Dlatego jeśli chcesz zachować w miarę zdrową psychikę, a jednocześnie funkcjonować jako osoba publiczna w swoim środowisku, oddzielenie kanałów komunikacji jest obowiązkową higieną pracy.

  • Jeśli ze znajomymi przez WhatsApp – kursantom go nie podawaj. Kieruj ich na przykład na Messengera.
  • Jeśli masz profil prywatny i fanpage – promuj fanpage, nie prywatny profil.
  • Jeśli chcesz mieć przestrzeń tylko dla siebie – zabezpiecz ją świadomie.

To nie jest dystansowanie się od ludzi. To jest dbanie o własne granice w zawodzie, który bardzo łatwo te granice rozmywa.

I w tym miejscu warto wrócić do sedna: widoczność sama w sobie niczego nie gwarantuje. Social media mogą wzmacniać markę, ale nie są w stanie jej zastąpić. Jeśli nie idzie za nimi treść, relacje, odpowiedzialność i realna wartość dla kursantów i właścicieli, zostają tylko szumem.

Najczęstszy błąd w myśleniu o marce instruktora polega na tym, że traktuje się ją jak coś jednorodnego. Jak jeden obraz, jeden komunikat, jedną narrację. Tymczasem marka instruktora jest czytana równolegle przez co najmniej dwie bardzo różne grupy. I każda z nich patrzy na coś innego.

Dla właściciela szkoły marka instruktora służy szacowaniu ryzyka operacyjnego. Pytanie nie brzmi: „czy on jest dobrym tancerzem?”, ani nawet "czy jest dobrym instruktorem?". Pytanie brzmi:

  • czy grupa ruszy?
  • czy się utrzyma?
  • czy będą reklamacje?
  • czy będzie problem z zastępstwami, komunikacją, odpowiedzialnością?
  • czy ten człowiek pasuje do zespołu i do wizerunku szkoły?

W tym sensie marka instruktora to nie jest coś abstrakcyjnego. To bardzo konkretna informacja: ile spokoju albo ile chaosu wnosi dana osoba do organizmu szkoły.

Dla kursantów filtr jest zupełnie inny. Oni nie analizują procesów, grafików i rentowności. Kursanci podejmują decyzje emocjonalnie. Zostają tam, gdzie czują się dobrze. Gdzie widzą sens. Gdzie czują progres albo przynajmniej poczucie, że „to jest dla mnie”. Często nie potrafią tego nazwać, ale potrafią to bardzo szybko poczuć.

Bardzo częsty błąd to instruktor, który buduje atrakcyjny wizerunek dla kursantów, ale jest postrzegany jako nieprzewidywalny przez właścicieli. Albo odwrotnie - ktoś, kto jest „bezpieczny” operacyjnie, ale kompletnie nie rezonuje z grupami.

Do tego trzeba jeszcze pamiętać, że do świadomej, kontrolowanej pracy nad wizerunkiem potrzebny jest czas.

Przez wiele lat pracy z grupami wyrobiłem sobie bardzo konkretny wizerunek instruktora. Uczyłem metodycznie. Miałem strukturę. Program. Zajęcia miały rytm i porządek. Kursanci wiedzieli, czego się spodziewać - nie tylko w sensie materiału, ale też atmosfery. Wiedzieli, że nikt ich nie wystawi na próbę ponad ich możliwości. Że nie będzie „pokazówki” dla samej pokazówki

Może to nie był wizerunek, który generuje wielkie zachwyty. Nie dawał efektu „wow” po dwóch zajęciach. Nie był szczególnie instagramowy. Ale dawał coś, co w dłuższej perspektywie miało dla mnie większą wartość: poczucie bezpieczeństwa i przewidywalności.

Trafiali do mnie ludzie, którzy zostawali na długo. Grupy trwały przez kilka sezonów bez przerw. Były liczne, stabilne, ale nie masowe. Dokładnie takie, jakie chciałem prowadzić. I były też wygodne dla właścicieli - bo stabilna grupa jest często cenniejsza niż ta, która robi chwilowe piki, ale wymaga ciągłej uwagi, promocji i gaszenia problemów.

Oczywiście, zanim to się ułożyło, popełniłem mnóstwo błędów. Spaliłem grupy. Prowadziłem zajęcia, na które nie byłem gotowy. Widziałem też instruktorów - często świetnych tancerzy - którym przez długie sezony ciągnęły się łatki „nadaje się tylko na podstawy”. Nie dlatego, że brakowało im umiejętności, ale dlatego, że pierwsze próby poprowadzenia zaawansowanych zajęć były chaotyczne. A do odwrócenia wizerunku potrzeba trochę czasu.

To jest jeden z najtrudniejszych momentów w tym zawodzie: zrozumienie, że nie każda szansa jest dobra i nie każda ekspozycja jest warta kosztu. Pierwsze warsztaty, które poprowadziłem a na które mentalnie nie byłem gotowy, skończyły się ‘umiarkowanym sukcesem’. Relacja z tą szkołą się spaliła. Później nabrałem doświadczenia, kolejne wychodziły już znacznie lepiej, feedback był dobry. Ale tamta łatka w tamtej szkole została.

Dziś patrzę na to inaczej. Widzę, że marka instruktora nie powinna wyprzedzać jego doświadczenia. Powinna za nim podążać. Wizerunek, który powstaje z pracy u podstaw, z cierpliwości, z konsekwencji, jest mniej spektakularny na starcie. Ale znacznie stabilniejszy i pozwala na sobie budować całą karierę.

Dlatego młodym instruktorom polecam jedno: cierpliwość i własne piaskownice. Miejsca, w których można się uczyć bez niszczenia relacji i reputacji. Małe grupy. Mniejsze szkoły. Domy kultury. Format, który nie krzyczy, ale daje przestrzeń na iterację. Bo to właśnie iteracja buduje realne kompetencje - i realną markę.

I tu wracamy do punktu wyjścia. Widoczność bez treści jest tylko szumem. Zasięg bez wartości nie buduje nic trwałego. Marka instruktora rodzi się tam, gdzie spotykają się kompetencje, relacje i odpowiedzialność. Social media mogą to przyspieszyć albo wzmocnić. Nigdy nie zastąpią.

← Wróć do listy artykułów